Ostatnimi laty zdążyliśmy odzwyczaić się od śnieżnych zim. A jednak w tym sezonie pora mroźna zaskoczyła nie tylko drogowców, ale też ogół mieszkańców naszej przestrzeni geograficznej. Nie tak dawno temu (bo cóż znaczy ledwie kilkadziesiąt lat…) szczególne dotkliwe zimy przytrafiały się jednak nader często.
Dość wspomnieć pamiętną dla wielu zimę stulecia przełomu 1978 i 1979 r., kiedy to system energetyczny ówczesnej Polski omal nie uległ załamaniu. Wręcz tragiczna okazała się pierwsza zima okupacyjna z lat 1939/1940. Nie tylko z powodu goryczy klęski spowodowanej niemieckim i sowieckim najazdem, ale też niedostatkami środków grzewczych, rabowanych na potrzeby obu okupantów.
Ponad dekadę wcześniej (sezon zimowy 1928/1929) siarczyste mrozy - nawet ponad 40⁰C na tzw. minusie - dotkliwie dały się we znaki mieszkańcom ówczesnej Rzeczypospolitej. Iście arktyczne opady śniegu spowodowały, że wsparcie ze strony służby mundurowych stało się wręcz nieodzowne.
Nic zatem dziwnego, że na szlakach komunikacyjnych II RP dało się wówczas ujrzeć nie tylko pługi, ale także nieco już wówczas leciwe czołgi Renault FT17. Tym razem zmagające już nie z bolszewikami, a z śnieżnym żywiołem.
Na ten moment na rekord meteorologiczny porównywalny z lutego 1929 r. (średnia krajowa – 14,5⁰C) raczej nie ma widoków. Nie mówmy jednak przysłowiowego „hop” (rzecz jasna przez zaspę), bo tzw. zima zła, radość dzieci i koszmar drogowców, jeszcze nie „powiedziała” ostatniego słowa…
Przemysław Mazur


























