
Druzgocąca klęska zadana II Rzeczpospolitej przez hitlerowskie Niemcy, brak czynnej reakcji zachodnich sojuszników, dotkliwa okupacja oraz powojenna sowietyzacja kraju – to tylko ważniejsze spośród sprawdzonych prognoz Władysława Studnickiego-Gizberta poczynionych przezeń na kilka miesięcy przed wrześniem 1939 r. O dziwo, pomimo zaskakującej intuicji i przenikliwości ów niezwykły autor (a przy okazji również jego pisarski dorobek) do niedawna pozostawał szerzej nieznany.
„Polska (…) może przeżywać okupację niemiecką i sowiecką. Pierwsza zniszczyłaby nas materialnie, druga (…) narodowo i politycznie”. Przytoczona opinia, choć zgodna z rozwojem sytuacji zaistniałej w wyniku próby podboju Europy przez III Rzeszę, najwyraźniej nie przypadła do gustu sanacyjnym kręgom rządzącym. Bowiem całość nakładu ostatniej przedwojennej książki Studnickiego – „Wobec nadchodzącej II-ej wojny światowej” (z której przytoczony cytat został zaczerpnięty) –decyzją władz uległ konfiskacie. Nic w tym zresztą dziwnego; zwłaszcza że w myśl ówczesnej propagandy mieliśmy nie oddać nawet guzika od munduru… Tym samym ponura (czy jak kto woli - realistyczna) wizja bliskiej zagłady odrodzonej przed zaledwie dwiema dekadami Rzeczypospolitej kompletnie mijała się z komunikowanymi ówczesnej opinii publicznej zapewnieniami o pełnym przygotowaniu strony polskiej przed ewentualnym zagrożeniem z zewnątrz.
Po bliższym przyjrzeniu koncepcjom wspomnianego okazuje się, że publicystykę jego autorstwa charakteryzowało nie tylko przypisywane mu czarnowidztwo, ale też skonkretyzowana koncepcja polityczna. Dodajmy, że upubliczniona przezeń już w roku 1935.
Germanofil czy kresowiak?
To właśnie wówczas miała swą premierę bodajże najszerzej komentowana publikacja Studnickiego pt. „System polityczny Europy a Polska”. Niniejsza książka stanowi niejako podsumowanie wieloletnich przemyśleń autora o w jego przekonaniu optymalnym systemie międzynarodowego bezpieczeństwa. Jako doświadczony polityk (przed odrodzeniem Rzeczypospolitej był aktywnym działaczem m.in. Polskiej Partii Socjalistycznej oraz ruchu ludowego) o zacięciu publicystycznym niemal od początku publicznej aktywności postulował oparcie niepodległościowych dążeń Polaków o państwa niemieckie: Austro-Węgry i Cesarstwo Niemieckie.
Pozostając przez całe dorosłe życie zadeklarowanym wielbicielem etosu polskości wytworzonego na kresach wschodnich (urodził się w Dyneburgu) nie odczuwał nadmiaru sentymentu wobec Wielkopolski czy Pomorza, które był gotów poświęcić w imię odzyskania wschodnich województw przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Temu też służył projekt restytucji państwa polskiego przedłożony przezeń w maju 1916 r. na ręce Hansa von Beselera, generała-gubernatora niemieckich wojsk okupacyjnych stacjonujących w ówczesnym Królestwie Polskim. W myśl tegoż projektu na obszarach pomiędzy Wisłą, Dźwiną i Berezyną dostrzegał naturalną bazę rozwojową dla społeczeństwa polskiego równocześnie zdając sobie sprawę z niechęci władz w Berlinie wobec perspektywy oddania Polakom chociażby piędzi ziemi wchodzącej w skład przedwojennych Niemiec (a zatem Wielkopolski, Pomorza Gdańskiego i Górnego Śląska).
Jeszcze wcześniej (tj. przed wybuchem I wojny światowej) Studnicki dał się poznać jako zwolennik koncepcji trialistycznej tj. przekształcenia Austro-Węgier w quasi-federację wzbogaconą o polską część monarchii naddunajskiej. Mimo, że ów zamysł zyskał liczne grono zwolenników (w tym także wpływowych lojalistów galicyjskich) to jednak nie znalazł uznania wśród przedstawicieli austro-węgierskich elit rządzących (a zwłaszcza następcy tronu arcyksięcia Ferdynanda – delikatnie rzecz ujmując – sceptycznie usposobionego wobec Polaków) i tym samym pozostał jeszcze jedną niespełnioną ideą.
Blok środkowoeuropejski
Wraz z klęską państw centralnych runęły również nadzieje Studnickiego na restytucje Rzeczypospolitej przy ich udziale. Odrodzona Polska nie spełniała jego oczekiwań, bowiem w myśl słów rzeczonego finalizujący wojnę polsko-bolszewicką traktat ryski (z marca 1921 r.): „(…) zaprzepaścił tę część naszej dziejowej spuścizny, która (…) winna była przypaść Polsce (…)”. Przy czym miał on na myśli wschodnie rubieże przedrozbiorowej Rzeczypospolitej i nigdy nie pogodził się z ich utratą. Zwłaszcza, że to właśnie w Rosji (bez względu na panujący w niej ustrój) dostrzegał główne zagrożenie dla bytu zarówno narodu jak i państwa polskiego. „Pochłonięcie przez Rosję bolszewicką jest możliwe, gdyby zapanował u nas bolszewizm” – jak pisał we wstępie do wzmiankowanego wyżej „Systemu politycznego…”. Obawa przed sowietyzacją Polski nie opuszczała Studnickiego przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego. Zwłaszcza, że pogrążona w marazmie Liga Narodów nie stanowiła dlań należytego gwaranta polskiej niezawisłości.
Panaceum na te – jak czas pokazał – wcale nie wydumane obawy miała stanowić kolejna koncepcja trwałego pokoju w naszej części kontynentu. Jak nie trudno się domyślić oparcia nowego ładu ponownie upatrywał w Niemczech. Za tym kierunkiem poszukiwania aliansu przemawiać miały względy ekonomiczne, demograficzne oraz ogólny dorobek cywilizacyjny tego kraju. To właśnie Niemcom miała przypaść rola lidera „zjednoczonej Europy” opartej na ścisłym sojuszu militarnym oraz wzajemnym uzupełnianiu potrzeb gospodarczych. W ramach integracji Polska, jako państwo o więcej niż średnim terytorium, mogłaby pełnić funkcję swoistego zwornika tegoż bloku pośrednicząc w relacjach Niemiec z mniejszymi krajami pokroju Rumunii i Węgier.
Równocześnie wykazywał dystans wobec umizgów polskiej dyplomacji pod adresem Francji i Anglii. Możliwości militarne i gospodarcze mocarstw zachodnich (przy czym opierał się na szczegółowych danych statystycznych) nie dorównywały w jego przekonaniu potencjałowi Niemiec. Ścisły sojusz z Niemcami byłby tym bardziej korzystny, że w razie ewentualnej próby podboju II Rzeczypospolitej przez Związek Sowiecki szansa realnego wsparcia ze strony zaprzyjaźnionego Berlina byłaby znacznie bardziej prawdopodobna niż w przypadku odległych mocarstw zachodnich.
Niewątpliwie imponowała mu skala zaawansowania myśli naukowo-technicznej Rzeszy (a przy okazji nastawienie przemysłu tego kraju na inwestycje) z której w efekcie utworzenia bloku środkowoeuropejskiego mogłaby skorzystać również Polska. Na potwierdzenie swoich tez przytaczał m.in. przykład obopólnie korzystnej współpracy podjętej przez zakłady Junkersa ze swym odpowiednikiem w Szwecji. Logice wywodu Studnickiego sprzyjały przyjazne gesty jakie czynił wówczas Hitler wobec Polski, a które znalazły swoje przełożenie w zawartej 26 stycznia 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy.
Ogólna wymowa tej publikacji sprawiła, że krytycznie doń usposobieni publicyści zwykli jeszcze gorliwiej niż dotychczas określać go mianem germanofila. „System polityczny…” doczekał się fali komentarzy i polemik wzbudzając szczególne zainteresowanie (przemieszane z wyraźnym zaniepokojeniem) decydentów Rosji sowieckiej. Z kolei sam Studnicki zdawał się aspirować do miana realisty wyzbytego resentymentów w polsko-niemieckich relacjach. Konsekwentnie podkreślał dziejową konieczność utworzenia ścisłego sojuszu państw środkowoeuropejskich zdając sobie sprawę z wiążących się z tym procesem problemów. Bliskość kłopotliwego sąsiada tuż za wschodnią granicą była jednak dlań wystarczającym argumentem na rzecz podjęcia ku temu wysiłków.
Opcja: Berlin
Przekonany o słuszności swoich racji z tym większą goryczą obserwował gwałtowne pogorszenie polsko-niemieckich relacji do którego doszło wiosną 1939 r. Napływające z zachodu deklaracje wsparcia w ewentualnym konflikcie z Niemcami traktował z dużą dozą dystansu („Mało jest przyrzec […], trzeba wykazać w jaki sposób to przyrzeczenie będzie realizowane”). Nie wierzył zarówno w szczerość Anglików jak i w jego przekonaniu dalece przecenianą siłę Francji. „Za sto lat - pisał w 1935 r. Władysław Studnicki – kilkadziesiąt milionów ludzi będzie czuło się Francuzami, zamieszkując historyczne terytorium Francji, lecz będą to ludzie innej rasy, innej krwi”.
Tym samym pośrednio dawał wyraz przekonaniu o iluzoryczności odnowionego w kwietniu 1939 r. polsko-francuskiego sojuszu jako dokumentu bez realnych szans na jego praktyczną realizację. Zwłaszcza, że dotkliwie poturbowaną w toku Wielkiej Wojny III Republikę Studnicki zwykł postrzegać w kategorii przebrzmiałej potęgi, nie tylko wyzbytej potencjału technicznego i demograficznego, ale też zagrożonej zarówno ze strony Niemiec jak i szczególnie cenionego przez polskiego publicystę żywiołu włoskiego.
W formułowanych pod adresem mocarstw zachodnich sądach nie pozostawał zresztą gołosłowny posiłkując się przykładem nie zrealizowanej konferencji pokojowej z marca 1933 r. Wówczas to w zamian za aprobatę przez Włochy i Niemcy planu rozbrojenia brytyjscy dyplomaci zamierzali dokonać rewizji granic Polski i Rumunii (rzecz jasna bez konsultacji z władzami obu państw). Przejawiłoby się to m.in. oddaniem Niemcom tzw. „korytarza” (Pomorza Gdańskiego) oraz Wolnego Miasta Gdańska.
„Gdyby państwa rządziły się rozumem, a nie namiętnościami…”
Jak pisał Studnicki: „O nienawiści rasowej (…) między Polakami i Niemcami nie ma mowy”. W przytoczonym zdaniu zawiera się sedno życzeniowego myślenia Studnickiego, które tak boleśnie zweryfikowała nazistowska okupacja. Jako racjonalista z usposobienia Władysław Studnicki zdawał się tylko częściowo doceniać wagę uwarunkowań mentalnych tkwiących w świadomości obu najbardziej interesujących go nacji. Tymczasem doświadczenia wyniesione z okresu nie tak znowuż odległych zaborów wyzbyły znaczną część polskiego społeczeństwa złudzeń co do bezinteresowności aż nazbyt pragmatycznych Niemców. Ci z kolei nie zamierzali godzić się z utraconą rangą z czasów imperium Hohenzollernów ani też wsłuchiwać w nawet najbardziej rzeczowe argumenty przedstawicieli narodów postrzeganych w kategorii gorszych.
Poglądy decydentów niemieckiej polityki - zarówno okresu cesarstwa jak i dwudziestolecia międzywojennego - nie pozastawiają pod tym względem cienia wątpliwości. Nadzieje żywione przez Bernharda von Bülowa (kanclerza w latach 1900-1909) na ograniczenie populacji Polaków w efekcie spodziewanego konfliktu z Rosją to tylko jeden z licznych przykładów „polityki wschodniej” cesarskiej Rzeszy. Stan ciągłego wrzenia w relacjach polsko-niemieckich (przejawiająca się m.in. poprzez wojnę celną) przy równoczesnym traktowaniu II Rzeczypospolitej jako państwa sezonowego również nie sprzyjały zawiązaniu dobrosąsiedzkich relacji. Zapewne dlatego, że strona niemiecka nie chciała dostrzec w Polakach - jako nacji pogardzanej – potencjalnych partnerów z pełnią przysługujących im praw (m.in. do zachowania nienaruszalności swego terytorium).
Zaskakujący zwrot w polityce niemieckiej wobec Polski – porozumienie na rzecz niestosowania przemocy we wzajemnych relacjach (26 stycznia 1934 r.) – nie uśpiło czujności trawionego chorobą Józefa Piłsudskiego. Z zachowanych dokumentów i wypowiedzi tegoż męża stanu można wnioskować, że przeczuwał on nieuchronność konfliktu zbrojnego pomiędzy Polską, a Niemcami (w 1933 r. prognozował spodziewaną wojnę w przeciągu czterech do pięciu lat) nie dając się zwieść gestom pozornej przyjaźni. Czas pokazał, że marszałek nie pomylił się w swoich kalkulacjach, trafnie oceniając ekspansywne zamiary nazistów.
Bez wyjścia…
Tym mocniej zadziwia naiwna wiara Studnickiego w domniemaną dobrą wolę Niemców. Zwłaszcza, że on sam określił postulat przeprowadzenia przez Pomorze Gdańskie eksterytorialnej autostrady oraz wcielania do Rzeszy Gdańska w zaledwie tydzień po zajęciu Kłajpedy jako fatalny błąd niemieckiej dyplomacji. Wszak tym samym wzbudzono w Polakach podejrzenie o chęć odepchnięcia II Rzeczypospolitej od morza. Tego zaś opinia publiczna nie była skłonna zaakceptować bez znamion oburzenia. Bałtyckie „okno na świat” nie tylko stanowiło jeden z zasadniczych elementów ekonomii międzywojennej Polski (chociażby ze względu na magistrale węglową Katowice-Gdynia), ale też integralny element dumy narodowej konsekwentnie podsycanej przez cały okres istnienia II RP.
Przedstawiciele środowisk rządzących nie mieli innej alternatywy jak tylko odrzucić roszczenia Hitlera. Cytując jednego z sanacyjnych notabli rząd, który przyjąłby niemieckie – nazwijmy rzeczy po imieniu – ultimatum, nie przetrwałby nawet tygodnia. Zarówno minister Beck, premier Sławoj Składkowski, grupa „zamkowa” skupiona wokół prezydenta Mościckiego jak również marszałek Śmigły-Rydz aż nazbyt dobrze zdawali sobie sprawę z ogólnych nastrojów panujących w ówczesnym społeczeństwie. O porozumieniu na warunkach przedłożonych przez Ribbentropa nie mogło być zatem mowy. Los Czechosłowacji był pod tym względem wystarczająco wymowny i mało kto łudził się, że apetyt nazistów zaspokoi aneksja Gdańska.
Płonne nadzieje
Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w przypadku akceptacji niemieckich żądań władze sanacyjne spotkałby los premiera Jugosławii Dragisy Cvetkovica, który 25 marca 1941 r. zgłosił swój akces do zainicjowanego przez Niemców tzw. paktu trzech. Decyzja Belgradu spotkała się z powszechnym oburzeniem społeczeństwa (poza proniemiecko usposobionymi Chorwatami) i w efekcie doprowadziła do obalenia władz ówczesnej Jugosławii.
Natomiast wszelkie pomysły jakoby w przypadku zaistnienia polsko-niemieckiego przymierza armia Rzeczypospolitej zyskałaby możliwość dozbrojenia w nowoczesny ekwipunek wypada potraktować w kategorii fantasmagorycznej mrzonki. Zwłaszcza, że już na etapie konfliktu ze Związkiem Sowieckim skala zaopatrzenia sojuszników Hitlera w niemiecki sprzęt było co najwyżej symboliczna. Był to zresztą jeden z decydujących czynników za sprawą którego Niemcy zaprzepaścili w roku 1942 całkiem realną szansę osiągnięcia roponośnych pól Kaukazu i tym samym przedłużenia (a być może nawet wygrania) wojny na wschodzie.
Tymczasem skąpo dozowane transporty broni pancernej i artylerii de facto uniemożliwiły posiłkującej Niemców 2 Armii Węgierskiej utrzymania powierzonych jej pozycji nad Donem. Nie inaczej rzecz się miała w przypadku rumuńskich jednostek, które pomimo przejawianej waleczności nie były w stanie oprzeć się sowieckim zagonom. Przy czym przytoczone przypadki niedoborów w stosownym zaopatrzeniu wynikły z niewystarczających możliwości produkcyjnych tak cenionego przez Studnickiego przemysłu III Rzeszy. Skoro zatem niedostatek ciężkiego sprzętu (czy nawet adekwatnej do realiów rosyjskiej zimy odzieży) był dostrzegalny nie tylko wśród sprzymierzeńców Hitlera, ale też w samym Wehrmachcie, to tym bardziej trudno dać wiarę pomysłom polskiego publicysty w myśl których Niemcy hojnie obdarowaliby zaawansowanym technicznie sprzętem podkomendnych Śmigłego-Rydza.
Złudny geniusz Włoch
Gwoli ścisłości wypada dodać, że w swych prognozach Studnicki nie uniknął licznych pomyłek np. hołubiąc potencjał faszystowskich Włoch. W jego mniemaniu ów kraj miał odegrać kluczową wręcz rolę w nadchodzącym konflikcie. Zwłaszcza, że „(…) nieuchronną walkę o kolonie (…)” polski publicysta traktował jako jeden z zasadniczych czynników generujących napięcia w relacjach pomiędzy europejskimi mocarstwami. Studnicki (zresztą nie tylko on, bo zbliżone przekonanie zdawał się podzielać m.in. prezydent Roosevelt) ewidentnie przeceniał możliwości włoskiej machiny wojennej. Dawał temu dowód zachwycając się m.in. wizją floty powietrznej Mussoliniego miażdżącej opór brytyjskich kontyngentów na Malcie i w Aleksandrii.
Nie tracił także przekonania co do ewentualnego wsparcia państw Osi przez generała Franco. Ogólna sytuacja na Morzu Śródziemnym (według Studnickiego głównym teatrze działań spodziewanej wojny) sprzyjałaby Włochom i Niemcom zyskującym wyjątkowo dogodnie usytuowane bazy operacyjne wzdłuż wybrzeży Hiszpanii. Autor „Wobec nadchodzącej II-ej wojny światowej” zdawał się nie przejawiać złudzeń co do losu Gibraltaru. Brytyjski przyczółek na Półwyspie Iberyjskim „(…) pierwszy padnie na początku wojny światowej”. Jak powszechnie wiadomo hiszpański el caudillo okazał się wyjątkowo sprytnym lawirantem trzymając swój kraj na uboczu wojennej zawieruchy.
Decyzji o zachowaniu neutralności nie zdołał wyperswadować mu nawet słynący z osobliwego „uroku osobistego” Hitler. Pomimo snutych przezeń obietnic zgładzenia załogi Gibraltaru wskutek zmasowanych nalotów Luftwaffe Franco pozostał nieugięty zamęczając niemieckiego dyktatora kłopotliwymi pytaniami. Do tego stopnia, że po spotkaniu z hiszpańskim przywódcą Hitler stwierdził, iż woli wizytę u dentysty niż ponowną rozmowę z Franco. Tym samym operacja „Felix” (plan zajęcia Gibraltaru) nigdy nie doczekała się realizacji.
Kolejną chybioną prognozą Studnickiego okazało się twierdzenie jakoby decydenci III Rzeszy nie zamierzali anektować Holandii jako potencjalnego pośrednika w pozyskiwaniu niezbędnych dla niemieckiej gospodarki surowców. Precedens z nie tak znowuż odległej I wojny światowej (wówczas Niemcy istotnie uszanowali neutralność tego kraju) wydawał się dostatecznie przekonujący. Drapieżność niemieckiego Blitzkriegu oraz totalistyczny charakter taktyki stosowanej przez Wehrmacht w trakcie II wojny światowej przerosły jednak najśmielsze oczekiwania Studnickiego. W jeszcze większym stopniu zaskoczyła go skala bestialstwa przejawiana przez Niemców na terenach okupowanej Polski. Memoriały protestacyjne słane przezeń do Berlina pozostały bez odpowiedzi, a on sam przez niemal rok więziony był na Pawiaku (więcej o tym okresie aktywności tegoż autora w zbiorze jego tekstów – „Tragiczne manowce. Próby przeciwdziałania katastrofom narodowym w latach 1939-1945”). O dziwo wciąż pozostawał orędownikiem politycznej i wojskowej współpracy z Niemcami czemu dawał wyraz jeszcze w początkach 1945 r.
Pułapka idealizmu
Sen o zjednoczonej Europie wciąż nie opuszcza włodarzy naszego kontynentu. Nie inaczej rzecz się miała w dobie dwudziestolecia wojennego, gdy poturbowane Wielką Wojną (a przy okazji nie mniej Wielkim Kryzysem) państwa tej części świata zmierzały ku kolejnej konfrontacji zbrojnej. Wśród myślicieli tamtej epoki nie brakowało jednak osobowości usiłujących znaleźć skuteczne remedium na samobójcze tendencje europejskich nacji. Władysław Studnicki-Gizbert, nie bez znamion błyskotliwości, wpisał się w ów nurt proponując spójny i logiczny zamysł oparcia europejskiego ładu na polsko-niemieckim przymierzu. Niestety rzeczywistość zaskakująco prędko zweryfikowała jego koncepcję sytuując plan utworzenia bloku środkowoeuropejskiego na cmentarzysku utopijnych idei. Nie tyle ze względu na niedostatki intelektualne Studnickiego (bo tych nie sposób mu zarzucić) co raczej irracjonalny aspekt „materiału ludzkiego”. Bezkompromisowość nazistów w kontekście ich rewizjonistycznych zapędów skutecznie przekreślała szansę na trwałe porozumienie. Bo jak stwierdził wspominając tę wyjątkową postać Stefan Kisielewski: „Tego on nie wkalkulował, że hitlerowcy to już inny gatunek Niemców”.
Wszystkie zamieszczone w tekście cytaty zaczerpnięto z: Władysław Studnicki, Pisma Wybrane, t. II: Polityka międzynarodowa Polski w okresie międzywojennym, Toruń 2009
Przemysław Mazur








