Wineta: Bałtycka Atlantyda

Ponoć prowadziło doń aż dwanaście pokrytych spiżem bram. Zamieszkiwały w niej liczne ludy: Grecy, Sasi, a przede wszystkim Słowianie… Według jednej z legend pochłonęły ją fale Bałtyku. W myśl innej – padła łupem przybyłych morzem najeźdźców. Wineta – bo o niej właśnie mowa – nie zyskała co prawda sławy platońskiej Atlantydy. Niemniej wciąż nie przestaje wzbudzać emocji zarówno wśród wielbicieli Słowiańszczyzny jak i wszelkich zagadek przeszłości.

Podobnie jak w przypadku mitycznego lądu opisanego przez ateńskiego filozofa, również pierwotny przekaz na temat Winety znany jest za sprawą jednego tylko autora. Był nim cieszący się opinią rzetelnego kronikarza Adam z Bremy, autor „Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum” („Czyny biskupów hamburskiego Kościoła”). Ów żyjący mniej więcej pomiędzy rokiem 1040, a 1080 dziejopis opisał „przesławne miasto Jumne” (czyli właśnie Winetę), rozległy port usytuowany ponoć w pobliżu ujścia Odry.

Swymi rozmiarami ów gród miał dorównywać ówczesnemu Stralsundowi, a być może nawet Lubece, już wówczas szczycącej rozległą siecią kontaktów handlowych. Do rangi ewenementu na skalę nie tylko Morza Bałtyckiego wypada zaliczyć wznoszący się w Winecie „garniec Wulkana” zasilany „ogniem greckim”. Terminem tym kościelny historyk określił prawdopodobnie tamtejszą latarnie morską. Jeśli tak było istotnie obecność tego typu obiektu świadczy zarówno o zasobności jak i technicznych możliwościach mieszkańców legendarnego grodu.  

Kupiecka republika

Jak wyżej wspomniano przeważała wśród nich ludność słowiańska, w dużej mierze rekrutująca się spośród plemion wieleckich/lucickich dominujących w tym rejonie Słowiańszczyzny. Ów uchodzący za najważniejszy ośrodek bałtyckiego handlu (deklasując tym samym nie tak znowuż odległą Arkonę na wyspie Rugii) przyciągał ponoć wszystkie nacje tej strefy cywilizacyjnej – począwszy od handlarzy rodem z Kordoby, a na Waregach skończywszy. Kwitła wymiana towarów z wszelkich zakątków znanego świata. Produkty leśne, broń, luksusowe wytwory rzemiosła artystycznego, a nade wszystko niewolnicy – krótko pisząc wszystko co mogło znaleźć skorego do zapłacenia nabywcę. Nic zatem dziwnego, że „interes się kręcił”, a mieszkańcy nadmorskiego grodu słynęli z niewyobrażalnego wręcz bogactwa.

Fama o ich majętności musiała być znaczna, bowiem Adam określa Winetę bez zbędnych ogródek mianem „największego z miast jakie są w Europie”. Jeśli rzeczywiście istniała stanowiła zapewne łakomy kąsek m.in. dla wprawionych w łupieskim procederze Duńczyków tudzież budzących w pełni uzasadnioną grozę słowiańskich piratów. Można jednak mniemać, że znakomicie prosperujący właściciele tutejszych faktorii z pewnością dysponowali odpowiednimi funduszami, by w razie potrzeby opłacić biegłych w rzemiośle wojennym „specjalistów”, bądź też w ostateczności przekupić potencjalnych najeźdźców. Zresztą tego typu punkt na bałtyckich szlakach z pewnością był dla wielu niezbędnym wręcz elementem tutejszej „ekonomii” – nie wyłączając amatorów morskiego zbójectwa. W końcu gdzieś trzeba było „upłynnić” zrabowany towar… Jak się jednak okazało do czasu… O tym jednak w dalszej części tekstu.

Tylko gdzie jej szukać?

W rozwikłaniu tej z dawna frapującej tajemnicy pomocny może okazać się sam Adam z Bremy, który nie szczędzi nam co najmniej kilku istotnych szczegółów związanych z tym zagadkowym grodem. Z usytuowanych przy ujściu rzeki Piany Dymin (swego czasu jednego ze znaczniejszych ośrodków Pomorza Zachodniego) rejs do Winety trwał trzy dni. Z kolei z Hamburga – siedem. Opis ten pozwolił wysnuć trzy teorie co do domniemanej lokalizacji miasta. Według pierwszej znajdować się miało nieopodal współczesnej miejscowości Barth, gdzie być może w czasach autora „Gesta Hammaburgensis…” Piana miała swoje ujście.  

Druga teoria przenosi nas w okolice miejscowości Koserow, gdzie w myśl przekazu pochodzącego ze Świnoujścia kronikarza W.F. Gadebusha zawartego w rozpisanej przezeń „Kronice wyspy Uznam” (właśnie tam usytuowana jest Barth). Wspomniany historyk nie zamierzał pozostawać gołosłowny i stąd też przytoczył kilka argumentów świadczących na rzecz swej tezy. Według niego kamienie z pobliskiej rafy (nomen omen zwanej „Winietą”) użyte do budowy falochronu zdradzały wyraźne ślady niegdysiejszej obróbki. Dziejopis podpiera się również przekazem Adama z Bremy sytuującego Winetę nad „trzema morzami”. Gadebush tłumaczył tę okoliczność lokalizacją mitycznego portu na cyplu Damerow rozgraniczający trzy akweny (m.in. Zatokę Uznamską). Jeszcze w początkach XX wieku z okolicznej wioski Loddin prowadziła stara ścieżka określana przez miejscowych jako „droga do Winety”.  

W myśl trzeciej Winetę utożsamia się z Wolinem na co ma wskazywać podobieństwo jednej z wcześniejszych form nazwy grodu – „Yulin/Youlin” – z wymienianą przez Adama „Jumne”. Wolin rzeczywiście był liczącym się ośrodkiem w regionie, a przy tym dysponującym na tyle znacznym potencjałem militarnym, że przez pewien czas z powodzeniem stawiał odpór ekspansji Mieszka I. Zwolennikiem tezy o utożsamieniu Winety z Wolinem był m.in. Rudolf Virchow (1821-1902), wsławiony polemiką z Pasteurem niemiecki patolog, a zarazem jeden z pionierów antropologii. Udokumentowania tej tezy podjął się m.in. polski archeolog Władysław Filipowiak. Dodajmy, że nie bez sukcesów.  

Licznych zwolenników znajduje również teza w myśl której ów gród zwykło się utożsamiać ze znanym m.in. z trzynastowiecznej „Jómsvikingasaga” Jomsborgiem, osadą założoną u ujścia Odry z polecenia władcy Duńczyków Haralda Sinozębnego (958-987). Wieloetniczność jej mieszkańców znajduje potwierdzenie w źródłach z epoki (co zresztą było i jest standardem w niemal wszystkich miastach portowych), zdradzając podobieństwo w przekazach o Winecie. Według niektórych źródeł również Jomsborg miał paść ofiarą morskiego żywiołu. Stąd wysiłki na rzecz utożsamienia tej miejscowości z Winetą wydają się naturalne. Niewykluczone również, że Jomsborg jest tożsamy z Wolinem.

Pogańska enklawa

Wineta słynęła nie tylko z bogactw, ale też względnej tolerancji religijnej zapewniającej swobodę wyznania zarówno mieszkańcom legendarnego grodu jak i przebywających tu handlarzy. Jedynie schrystianizowanym Sasom zakazywano obnoszenia się z symbolami swej wiary. Bowiem w czasach Adama z Bremy Połabie wciąż pozostawało enklawą pierwotnych kultów słowiańskich. Próbę chrystianizacji tych obszarów być może podejmowano już w czasach Karola Wielkiego (778-814), bo wiadomo nam, że przynajmniej część zamieszkujących tam plemion Obodrytów uznawało zwierzchność frankońskiego cesarza. Intensyfikacja akcji ewangelizacyjnej nastąpiła równolegle z terytorialną ekspansją kresowych marchii państwa wschodnio frankońskiego (czy jak kto woli – wczesno niemieckiego). Jej przejawem było konsekrowanie metropolii kościelnej w Magdeburgu (968 rok), która odegrała ogromną rolę w opanowywaniu obszarów Połabia przez saskich osadników. Nie bez znaczenia było również utworzenie biskupstwa w pobliskim Kołobrzegu.  

Liczne powstania tamtejszych Słowian u schyłku X wieku (szczególnie krwawe w 983 roku, kiedy to Wieleci zdobyli Hawelberg i Brandenburg) doprowadziły do odzyskania niezawisłości przez słowiańskie plemiona, a przy okazji nawrotu tradycyjnych wierzeń. Katolicyzm wzbudzał zbyt silne skojarzenia z saską kolonizacją jak również naporem wschodnich sąsiadów połabskich plemion – Polan rządzonych przez piastowskich książąt rodem z Gniezna. Nic zatem dziwnego, że mieszkańcy Winety z niechęcią odnosili się zarówno do przejawów chrześcijaństwa jak i symboliki tej religii. Widać zbyt silnie tkwiła w nich niechęć wobec wiary utożsamianej z niemieckim ekspansjonizmem. Ów pogański wydźwięk legendy skwapliwie podchwycili średniowieczni kronikarze.

Legenda żyje własnym życiem

Z kolei Tomasz Kantzow, uznawany za najwybitniejszego dziejopisa Pomorza w XVI wieku, napisał w latach 1538-1539 historie wspomnianego regionu. Dzieło to jest istotne również z tego względu, że zawiera relację z pobytu wspomnianego w okolicach miejscowości Dobrowy. Jeśli wierzyć jego świadectwu to właśnie tam natknął się on na podwodne szczątki budowli dostrzegalne z brzegu morza. Symetryczne kształty widocznych kamieni zdawały się potwierdzać obserwacje. W przekonaniu, że ma do czynienia z zatopionym tworem ludzkiej działalności utwierdziły go opowieści miejscowych rybaków, również przekonanych, że w głębinach spoczywają ruiny zniszczonego w skutek kataklizmu miasta.

Swoją drogą już Gall Anonim wspominał przekazy o kosztownościach skrywanych u pomorskich wybrzeży. Być może był to przejaw lokalnego folkloru oraz wyolbrzymionych wieści o bogactwie Pomorza. Niewykluczone, że w tym przekazie tkwi jednak źródło legendarnych podań o pogrążonym w morskich głębinach grodzie. Opierający się zapewne na Helmoldzie (autorze „Kroniki Słowian”) dziejopis Bolesława Krzywoustego nie wspomina niestety wprost o Winecie, a tym samym nie może być pomocnym źródłem dla rozwikłania tej zagadki.  

Istnieje natomiast znacznie późniejszy – bo pochodzący z 1741 roku – przekaz o zatonięciu na tamtejszych wodach holenderskiego okrętu. Bezpośrednią przyczyną katastrofy miały być ponoć tkwiące w morskim dnie trzy alabastrowe kolumny, które rozpruły poszycie wspomnianej jednostki pływającej. Odnotowano również osobliwe zaburzenia igły magnetycznej. Co prawda przy wnikliwych oględzinach domniemane kolumny okazały się wapiennymi głazami. Mimo to fama o niezwykłości tej części bałtyckiego akwenu przetrwała na tyle długo, że w dobie romantyzmu (opartego w dużej mierze na odkrywaniu folklorów m.in. germańskiego i słowiańskiego) intrygujące przekazy takie jak ten Adama z Bremy wzbudzały żywe zainteresowanie.

Nie dziwi zatem, że w roku 1827 tajemniczą rafę zwiedzał późniejszy król pruski (wówczas jeszcze jako następca tronu) Fryderyk Wilhelm IV, znany ze szczerej fascynacji wobec przejawów kultury romantycznej. Wizyta okazała się dlań na tyle przekonująca, że przychylił się do prawdziwości legendy. Jak często w podobnych przypadkach również i tu opowieści snute przez miejscowych rybaków łatwo nabierały znamion niesamowitości. Nie brakło bowiem podań według których nadprzyrodzona moc podwodnych ruin (w tym zwłaszcza osławionych, spiżowych bram) wciągała w morskie odmęty marynarzy z pokładów żeglujących w pobliżu statków. A stąd już tylko krok od twierdzeń o przejawach obecności duchów snujących się pośród ruin zatopionego grodu.

Podmorskie ruiny? 

Pomimo niezbędnego w żegludze pragmatyzmu ludzie morza każdej niemal epoki słynęli z nad wyraz wybujałej wyobraźni. Wszak syreny, trytony, krakeny-giganty czy zagadkowe, świetliste kręgi obserwowane ponoć przez samego Kolumba z nikąd się nie wzięły. A może przynajmniej w części elektryzujących opowieści tkwi choćby ziarno prawdy? Przekazy o podobnej wymowie nie ominęły również wód Bałtyku. Ponoć, gdy żegluje się Pianą z Wołogoszczy w kierunku wyspy Uznam, o dwie mile, obok wzmiankowanej wyżej wioski Damerow, widywano na dnie morza osobliwie formacje jakby poddanych obróbce kamieni, a nawet bezwładnie poprzewracane kolumny. Zdarzały się relacje w myśl których dostrzegano wręcz zarysy ulic pochłoniętego przez morze grodu.

Mało tego! Przy względnie spokojnym stanie wód na dnie można było ponoć dostrzec nie tylko budynki zatopionego miasta, ale też przemierzające jego ulice postacie odziane w powłóczyste szaty. Znane były też relacje  o złotych wozach czy jeźdźcach dosiadających strojnie udekorowanych rumaków. Przy wieczornej ciszy słychać było niekiedy srebrne dzwony z których Wintea słynęła („jeden” z nich – prawdopodobnie pochodzący z wraku szwedzkiego okrętu – wyłowiono z nurtów rzeki Świny u schyłku XIX wieku). Z kolei przy zwiastującym sztorm wietrze da się ponoć i dziś usłyszeć lamenty mieszkańców Winety użalających się na swój los.

Piewcy lokalnego folkloru widać na tym nie poprzestali, bo znane są również dalece wyolbrzymione przekazy np. o aż trzystu okrętach, które ponoć mogły jednorazowo pomieścić się w legendarnym porcie. Podobno też w każdy Wielki Piątek (według jednej z tradycji właśnie w tym dniu miała zatonąć Wineta) bałtycki gród ukazuje się niekiedy w całej swej okazałości przy dźwięku bijących na trwogę dzwonów.

Syndrom Sodomy i Gomory

Autor klasycznej monografii poświęconej temuż zagadnieniu (Legenda Winety. Studium historyczne, Kraków 1950), Ryszard Kiersnowski przychylał się do poglądu w myśl którego ów przekaz stanowi w dużej mierze trawestację biblijnej tradycji o zagładzie Sodomy i Gomory. Wskazuje na to motyw kary bożej wyłania się również z niejednoznacznej tradycji zawartej u przywoływanego już Galla Anonima. Opływający w luksusy mieszkańcy Winety popadli w zwyrodnienie zakosztowując ponoć w ludzkim mięsie.

Praktykowano również ofiary z młodych brańców ku czci posiadającego tu swoje miejsce kultowe Trygława, co tym bardziej rozsierdziło Boga chrześcijan. Tragiczny los Winety miał się dopełnić w ciągu zaledwie jednej nocy. Spienione nurty Bałtyku dopełniły zagłady pochłaniając zarówno ów kapiący od przepychu gród jak i jego zbarbaryzowanych mieszkańców. Analogii z powyższym opisem nie trzeba daleko szukać, bowiem dostarcza nam ją biblijna Księga Rodzaju w postaci tradycji o zniszczeniu zdegenerowanych miast Sodomy i Gomory (Rdz 19, 23-25) tudzież kananejskiego Jerycha. Motyw niewątpliwie nośny i formalnie atrakcyjny, a przy tym idealnie wpisujący się w moralizatorską manierę średniowiecznych kronikarzy. 

Ponoć z głębiny powstałej na miejscu zatopionego miasta gotlandzcy żeglarze wydobyli mnóstwo cennych kruszców, które wzbogaciły ich wyspiarską stolicę Visby. Stąd właśnie pochodzić miały spiżowe bramy zdobiące świątynie Gotlandii, a także liczne, srebrne dzwony. Na tym jednak nie koniec korzyści jakie wynieśli z tej katastrofy cwani wyspiarze. Bowiem korzystając z próżni powstałej po zatonięciu „Jumne”  przejęli oni kontrolę nad intratnymi szlakami handlowymi, a tym samym ich siedziba stała się bałtyckim centrum wymiany towarowej. Jak trwały okazał się ów układ wskazuje okoliczność, że pieczęć hanzeatyckiego związku miast przechowywano do połowy XIV wieku nie w Bremie czy Lubece, a właśnie w Visby.

Niecni „sprzymierzeńcy”

Nieco mniej „dydaktycznie”, a zarazem jakby bardziej prawdopodobnie brzmi przekaz w myśl którego wśród zróżnicowanych etnicznie mieszkańców Winety doszło do sporu o prymat w mieście. Chętnych rzecz jasna nie brakło i stąd też zwaśnione strony rychło przeszły od słów do czynów. Krwawym walkom towarzyszyły najazdy Szwedów i Duńczyków wzywanych na pomoc przez skonfliktowanych „obywateli” bogatego portu. Mamieni wizją łupów najeźdźcy wykazali się aż za dobrze kładąc kres dziejom Winety. Splądrowany gród popadł w zapomnienie, a ogrom zgromadzonych tam bogactw znalazł nowych posiadaczy.

Ponoć miało to mieć miejsce w czasach panowania Karola Wielkiego już jako cesarza (tj. między rokiem 800, a 814). Przekaz Adama z Bremy dotyczy jednak czasów o co najmniej dwieście lat późniejszych, bo jako zdobywcę portowego grodu wymienia on norweskiego władcę Magnusa I Dobrego (co miało mieć miejsce w roku 1043). Może zatem kronikarze aż nazbyt pofolgowali wyobraźni, bądź też na miejscu wcześniejszej Winety powstała kolejna/kolejne – w tym także ta z wieku XI? Póki co podobne przypuszczenia pozostają w sferze czysto hipotetycznej.  

Bez względu czy tradycje o Winecie przynajmniej w części są prawdziwe pewne jest, że trudno o bardziej idealną „kandydatkę” do miana bałtyckiej „Atlantydy”. Pomimo rozbieżności w przekazach o jej zatopieniu bądź też złupieniu przez łasych na zgromadzone tam dobra najeźdźców Wineta pod jednym przynajmniej względem zdaje się nic nie tracić na swej żywotności. Mianowicie w nazwach licznych pensjonatów, zajazdów i barów na Pomorzu Zachodnim jak również we wschodniej Meklemburgii. Do dziś zresztą we wzmiankowanej wyżej miejscowości Barth z powodzeniem prosperuje lokalne muzeum Winety. Widać zatem jej legenda – choć w dalece strywializowanej formule - wciąż ma się całkiem nieźle i nic nie wskazuje by miejscowy folklor wyzbył się tak intratnej dla lokalnej turystyki tradycji.

Przemysław Mazur

 

 

Tagi: