Wigilia w nieludzkich czasach

Wigilia Bożego Narodzenia w nieludzkich czasach niemieckiej i sowieckiej okupacji była czasem mimo wszystko szczególnym. Pomimo okrucieństwa i represji stosowanych przez najeźdźców, to właśnie ten moment roku okazywał się dla mieszkańców boleśnie doświadczanej Polski źródłem nadziei i choćby chwilowego oderwania się od trosk codzienności.

Radosne oczekiwanie przyćmiewały co prawda nasilające się problemy aprowizacyjne. Niemiecka administracja okupacyjna dokładała bowiem starań by obszar Generalnego Gubernatorstwa maksymalnie wydrenować. Stąd wprowadzenie kartek na podstawowe produkty żywnościowe oraz częste rekwizycje tych produktów. Na obszarach okupowanych przez Sowietów sytuacja była pod tym względem jeszcze gorsza.

Polskie gospodynie, z charakterystyczną dla nich weną twórczą, improwizowały jednak, wykazując się często nadspodziewaną kreatywnością. Jak wspominał Władysław Bartoszewski (autor m.in. „Dni walczącej Stolicy”): „Apetyt zaspokajano plackami kartoflanymi na oleju lub po prostu kartoflami z surową cebulą (…). Chude ciasto z kartkową margaryną, w którym jaja zastępowano niekiedy dynią albo proszkiem jęczmiennym, pełniło obowiązki świątecznego deseru”.

O potrawach rybnych na bazie karpia czy szczupaka raczej nie mogło być mowy z powodu ich bardzo wysokich cen. Stąd ratowano się „produktami zastępczymi” sporządzonymi z soi lub jajek (swoją drogą również trudno dostępnych). Miód do pierników na ogół zastępowano marchwią. Kosztowny był również zakup choinki, której cena wynosiła w 1939 r.  ok. kilkunastu złotych, gdy przed wojną wahała się od 2 do 4 zł. Ozdoby zwykle składały się z improwizowanych zastępników.

Z oczywistych względów z każdym kolejnym rokiem sytuacja ulegała pogorszeniu, a niemiecki terror nasilał się. Stąd zamiast „Wesołych” życzono sobie „Spokojnych Świąt”. Bo właśnie spokój i przetrwanie były dla wówczas świętujących Boże Narodzenie najbardziej upragnionym prezentem.

Przemysław Mazur

Tekst powstał we współpracy z Instytutem Strat Wojennych

 

Tagi: