
U schyłku września roku Pańskiego 1620 w Rzeczypospolitej zawrzało. Los niefortunnie rozpoczętej wyprawy hetmana Zółkiewskiego przypieczętowała bezprecedensowa klęska w okolicach mołdawskiego Mohylewa. Z miejsca stało się jasne, że na tym nie koniec problemów. Bowiem już niebawem Polska i Litwa musiały stawić czoła całej potędze Imperium Osmańskiego.
Wojna z Turki nie igraszka” jak miał ponoć mawiać wspomniany wódz. Ów doświadczony hetman, pogromca Szwedów, Moskwicinów, Mołdawian i Tatarów wiedział co mówi. Zresztą w swych ostrzeżeniach szczególnie oryginalny nie był. Wszak posiadające domeny na trzech kontynentach władztwo Turków Osmańskich uchodziło za pierwszą potęgę ówczesnego świata wzbudzającą respekt nie tylko w Rzeczypospolitej, ale też na dworach całej niemal Europy. Prawie trzy stulecia nieustannej, z rzadka tylko przerywanej porażkami, ekspansji wyrobiło sułtańskiej armii opinie niezwyciężonej. Nic zatem dziwnego, że mało kto wróżył Polakom i Litwinom sukces w niechybnie zbliżającej się próbie sił.
Ku konfrontacji
Jedną z żelaznych zasad polityki zagranicznej Rzeczypospolitej doby XVI w. było przekonanie o konieczności zachowania pokojowych relacji z Turcją. Szok wywołany upadkiem Węgier po feralnej bitwie pod Mohaczem (sierpień 1526 r.) na trwałe wpisał się w umysły szlacheckiej braci decydującej o biegu spraw tak w Koronie jak i Wielkim Księstwie. Zresztą względna neutralność Istambułu nie tylko zabezpieczała południowo-wschodnie kresy, ale też stanowiła potencjalny „straszak” wzbudzający respekt przede wszystkim Moskwy. Stąd też zawarty w 1533 r. traktat pomiędzy Sulejmanem Wspaniałym, a Zygmuntem Starym interpretowano jako niebagatelne osiągniecie polskiej dyplomacji i na nim właśnie oparto relacje z potężnym sąsiadem. Jak czas pokazał ów „pokój wieczysty” z powodzeniem funkcjonował przez niemal dziewięćdziesiąt lat, co w zestawieniu z analogicznymi porozumieniami stanowiło zaskakująco trwały ewenement.
Taki stan rzeczy miał trwać, aż po schyłek wspomnianego stulecia kiedy to przedstawiciele magnackich rodów Rzeczypospolitej (m.in. Koryccy) z coraz większą śmiałością poczynali sobie na terytorium Mołdawii pozostającej w zależności lennej od sułtana. Szczególnie problematycznie jawiły się rejzy podlegających polskiemu królowi Kozaków zaporoskich bezlitośnie plądrujących anatolijskie posiadłości sułtana. Okoliczność, że krymscy Tatarzy (także lennicy Osmanów) dotkliwie dawali się we znaki mieszkańcom południowo-wschodnich kresów Rzeczypospolitej dla tureckiego władcy nie stanowiły żadnego usprawiedliwienia. Przysłowiową iskrą na beczkę prochu okazały się próby pełnego podporządkowania Mołdawii państwu polsko-litewskiemu. Bowiem na te zamiary sułtan ani myślał spoglądać bezczynnie. Tym bardziej, że wraz z rokiem 1618 tron w Istambule objął młody, a przy tym nad wyraz ambitny Osman II.
Rzeczpospolita na krawędzi
Jak powszechnie wiadomo wyprawa mołdawska z roku 1620 zakończyła się kompletną katastrofą. Pod Cecorą (a właściwie w rejonie Mohylewa nieopodal granicy na Dniestrze) Turcy i Tatarzy położyli trupem przeszło dwa tysiące żołnierzy Armii Koronnej, co najmniej drugie tyle uprowadzając w jasyr (wśród nich m.in. hetmana polnego Stanisława Koniecpolskiego oraz być może także młodego Bohdana Chmielnickiego). Jedną z ofiar tragicznej w skutkach eskapady był również sędziwy hetman Stanisław Żółkiewski, pogromca Szwedów, Moskwicinów, Mołdawian i Tatarów, a przy okazji bezdyskusyjnie jeden z najwybitniejszych wodzów epoki staropolskiej. Liczący wówczas 73 lata bronił się do ostatka o czym świadczyła rana cięta na jego skroni oraz odrąbana, wciąż jeszcze dzierżąca szablę ręka. Armia Koronna faktycznie przestała istnieć, a sąsiadujące z Mołdawią obszary Rzeczypospolitej doznały krwawego najazdu uchodzących za szczególnie nieokrzesanych Tatarów budziackich. Nikt nie miał złudzeń, że na tym finał problemów i stąd też w pospiechu rozpoczęto formowanie nowej armii. Spodziewano się najgorszego.
Tak jak niemal stulecie wcześniej Sulejman Wspaniały podporządkował sobie znaczną część Węgier, tak teraz łupem młodego sułtana miał paść krnąbrny Lechistan. Żądny podbojów Osman II korzystnie wyróżniał się na tlę swych gnuśnych, skoncentrowanych na urokach życia w niewyobrażalnym luksusie poprzednikach, bądź też osobnikach umysłowo ograniczonych (jak np. jego stryj Mustafa I). Nie krył się on z zamiarami podbojów w niczym nie ustępujących tym, które za czasów Selima I Groźnego oraz jego syna, wspominanego Sulejmana Wspaniałego, rozsławiły turecki oręż od Nilu i Eufratu aż po Dunaj i Dniestr. Odchowany na opowieściach o męstwie przodków oraz mitycznego Iskendera (czy może trafniej – Aleksandra Macedońskiego) widział siebie w roli zdobywcy licznych ziem, a razem krzewiciela mahometańskiej wiary.
Temperamentny hetman
Pomimo ogromu energii i niespożytej ambicji Osman II stanowił jednak typowy przykład „przerostu formy nad treścią”. Bowiem młody wiek oraz idący z nim w parze brak doświadczenia siłą rzeczy nie stanowiły dobrej wróżby dla planowanego przedsięwzięcia. Tym bardziej, że jego adwersarzem w zbliżających się zmaganiach miał być nie byle kto, bo sam Jana Karol Chodkiewicz, hetman wielki litewski wsławiony imponującymi zwycięstwami odniesionymi nad Szwedami w Inflantach (m.in. pod Kokenhausen, Białym Kamieniem, a zwłaszcza Kircholmem). O wytrawności tegoż wodza boleśnie przekonali się również zbuntowani Kozacy zaporoscy podczas powstania Semena Nalewajki (1596 r.), Wołosi Michała Walecznego, a nawet brać szlachecka, która wszczęła rokosz (1606-1607 r.) przeciw podejrzewanemu o absolutystyczne ciągoty Zygmuntowi III. Namawiany do wzięcia udziału w rebelii hardo odrzekł, że „(…) na pana ręki się nie podnosi” i podobnie jak Żółkiewski, opowiedział się po stronie króla. To właśnie przy jego walnym udziale zwycięzcami w rozstrzygającej batalii pod Guzowem okazali się regaliści.
Rzeczony słynął nie tylko z geniuszu wojskowego, ale też cholerycznego usposobienia, czemu niejednokrotnie dawał wyraz rugając zarówno swych podkomendnych, jak też osobników znacznie wyższego stanu. Szczególnie wymowna pod tym względem scena miała miejsce podczas wyprawy królewicza Władysława na Moskwę u schyłku roku 1617. Właśnie wówczas doszło do spięcia pomiędzy Chodkiewiczem, a bliskim przyjacielem młodego Wazy, Marcinem Kazanowskim. Ów potomek magnackiego rodu, pełniący wówczas funkcję regimentarza (a zatem nominalnego zastępcy hetmana), najwidoczniej nie przypadł do gustu krewkiemu Litwinowi. Bo jak napisał późniejszy kanclerz wielki koronny Jerzy Ossoliński „(…) z okrutną zapalczywością hetman z buzdyganem którym nań cisnąwszy, po czapce go zajął i wielkim krzykiem od matki łając, dalej go gonieł (…)”. Już zresztą podczas kampanii w Inflantach Chodkiewicz dał się poznać jako wódz znakomity, ale też niekiedy aż nazbyt wymagający.
Pod złą gwiazdą
Mimo leciwego wieku, oraz trawiącej go choroby (efekt trudów żołnierskiego żywota) litewski hetman jawił się jako przeciwnik, którego w żadnym wypadku nie należało lekceważyć. O sławie jego zwycięstw mówiono także na istambulskim dworze, zwłaszcza, że sam sułtan Ahmed I przesłał mu gratulacje po spektakularnym rozgromieniu Szwedów pod Kircholmem. Tymczasem w otoczeniu Osmana II próżno było doszukiwać się równie doświadczonego wodza na którego radach turecki „cesarz” mógłby się oprzeć. Pośród grona miernot płaszczących się przed sułtanem odosobnionym wyjątkiem był murza ord dobrudzkich i budziackich, Kantymir, który niejednokrotnie dał się poznać nie tylko jako nie stroniący od brawury dowódca, ale też zażarty nieprzyjaciel Polaków.
Ekspedycja karna przeciw krnąbrnemu Lechistanowi od samego początku odbywała się w niesprzyjającej atmosferze. Kontyngenty z poszczególnych części osmańskiego imperium napływały opieszale mimo, że sułtan usilnie naciskał na dalszą koncentracje armii w Edirne (Adrianopolu). Jakby tego było mało w dniu rozpoczęcia wyprawy – 29 kwietnia – miało miejsce zaćmienie księżyca odczytane jako jednoznacznie złowróżbny omen. Z kolei w lipcu, tuż przed rozpoczęciem przeprawy przez Dunaj, jeden z derwiszy (w dużym uproszczeniu muzułmańskich mistyków) oznajmił, że w sennej wizji objawił mu się sam prorok Mahomet (pod postacią tarczy słonecznej) ostrzegając przed kontynuowaniem wyprawy. Rozwścieczony „cesarz” nakazał natychmiast ściąć niefortunnego wizjonera.
Także w Rzeczypospolitej sytuacja daleka była od idealnej. Nie bagatelizowano zagrożenia; wręcz przeciwnie – nawet w tych częściach Korony, w których pożoga wojenna gościła po raz ostatni w czasach świetności Zakonu Krzyżackiego, z obawą wsłuchiwano się w wieści o nadciągających zagonach sułtana. Nieprzypadkowo zresztą to właśnie wówczas wzniesiono warszawski barbakan, wysadzony przez Szwedów podczas pamiętnego „potopu”. Stołeczny gród nie był zresztą pod tym względem wyjątkiem, bo władze innych ośrodków również przypomniały sobie o konieczności wzniesienia, bądź też wzmocnienia miejskich fortyfikacji.
Tymczasem na pośpiesznie zwołanym Sejmie usiłowano szukać optymalnych rozwiązań arcytrudnej sytuacji. Wszak Rzeczypospolita stanęła przed koniecznością oparcia się nawale imperium uchodzącego za pierwszą potęgę ówczesnego świata. Nawet hiszpańscy Habsburgowie o których mawiano, że nad ich posiadłościami słońce nigdy nie zachodzi, z grozą spoglądali na wszelkie sygnały wzmożenia tureckiej ekspansji. W obliczu tak niebezpiecznego przeciwnika szlachecka republika pozostała zdana na samą siebie. Skoncentrowany na pacyfikowaniu pobitych rok wcześniej Czechów cesarz Ferdynand II ani myślał wspierać polskiego sojusznika mimo, że zaledwie dwa lata wcześniej dywersja lisowczyków na terenie Górnych Węgier (współczesnej Słowacji) walnie przyczyniła się do ocalenia obleganego wówczas przez Siedmigrodzian Wiednia. Republika Wenecka była zbyt daleko, a Francja tradycyjnie sprzyjała Turcji. Jedyne realne wsparcie zaoferował ówczesny papież Paweł V (zrealizowane zresztą przez jego następcę, Grzegorza XV) w postaci subwencji finansowej. Jednak i te środki dotarły do polskiego króla już po sfinalizowaniu działań wojennych.
Ambitne memoranda (m.in. autorstwa braci Zbaraskich) przedłożone na zwołanym pośpiesznie Sejmie zakładały wystawienie kontyngentów zbrojnych o niespotykanej dotąd liczebności. Prędko jednak okazało się, że niedowład systemu fiskalnego Rzeczypospolitej – słabości w sposób szczególny charakterystycznej dla szlacheckiej republiki aż do kresu jej istnienia – uniemożliwi mobilizacje na planowaną skalę. Stąd miast 60 tys. wojska Polacy i Litwini byli w stanie wystawić ok. 35 tys. żołnierzy, co i tak jak na ówczesne czasy było liczbą imponującą. Ale też i wyzwanie do zwyczajowych nie należało, bowiem ku polskim granicom zmierzała turecka armia licząca sobie co najmniej 100 tys. wojaków. Już sama liczba użytych do transportu wyposażenia wielbłądów wyniosła ponoć aż 6 tys.
Starcie tytanów
Chodkiewicz, jak mało kto zorientowany w mankamentach systemu fiskalnego i rekrutacyjnego Rzeczypospolitej (w Inflantach niejednokrotnie zmuszony był opłacać podległe mu pułki z osobistej szkatuły), miał pełne prawo spodziewać się ślamazarnego gromadzenia wojska. I tak też sprawy się miały; stąd sędziwy wódz pokładał nadzieję przede wszystkim w Kozakach. Ci z kolei, mimo toczącego się wówczas w ich szeregach sporu o przywództwo (pomiędzy przedstawicielem starszyzny, Piotrem Konaszewiczem-Sahajdacznym, a przywódcą tzw. czerni, Jackiem Borodawką), ochoczo przystąpili do wspierania Rzeczypospolitej. Zaporożcy doskonale zdawali sobie sprawę z zamierzeń sułtana wobec Kozaczczyzny: w przypadku klęski Rzeczypospolitej ich los byłby przesądzony. Nic zatem dziwnego, że z rzadko spotykaną gorliwością wypełniali hetmańskie instrukcje: pustoszyli rozległe obszary Mołdawii (pozbywając tym samym furażu nadciągających Turków i Tatarów), z powodzeniem opóźniali marsz tureckiej armii, ścierali się z tatarskimi zagonami. Równocześnie nękali osmańską flotę na Morzy Czarnym posyłając na dno liczne tureckie galery. Nie sposób przecenić wkładu i ofiarności Kozaków, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że armia Rzeczypospolitej przybyła na miejsce przyszłej konfrontacji niemal w ostatniej chwili.
W otoczeniu hetmana nie brakowało głosów na rzecz wdarcia się jak najdalej w głąb Mołdawii (niejako wzorcem Zółkiewskiego) i tam stawić czoła najeźdźcom. Wódz zdecydował jednak założyć obóz w pobliżu przygranicznego zamku Chocim w którym polska załoga stacjonowała już od roku 1615. Nieopodal ufortyfikowali się również Kozacy, co miało miejsce zaledwie w przeddzień przybycia tureckiej armii. Osman nie zamierzał tracić cennego czasu i stąd też, tuż po przybyciu – 2 września – zarządził szturm na umocnienia „giaurów”. Pierwsza bezpośrednia konfrontacja podczas której janczarzy oraz masy tureckiej konnicy usiłowały rozerwać tabor Zaporożców zakończyła się dla strony atakującej nad wyraz boleśnie. Zażarcie broniący się Kozacy wsparci m.in. przez jednostki zaciężnej piechoty (którą przywiódł m.in. z Prus Książęcych sam królewicz Władysław) zadały napastnikom znaczne straty. Orężnego dzieła dokończyły husarskie roty kładąc trupem licznych muzułmańskich wojowników.
Trudno przypuszczać, by wprawny dowódca pokroju Chodkiewicza dał się ponieść euforii pierwszego zwycięstwa. Niemniej za najbardziej rozsądne rozwiązanie uznał stoczenie następnego dnia rozstrzygającej batalii. Otoczenie hetmana (w tym także jego zastępca, Stanisław Lubomirski – ojciec Jerzego, przyszłego rokoszanina), obawiając się ewentualnej klęski w wyniku której Rzeczypospolita pozostałaby de facto bezbronna, skłaniało się ku defensywie. Stąd też konfrontacja prędko przyjęła formułę starcia pozycyjnego. Na nic zdały się ataki furii dowódcy. Rada wojenna pozostała nieugięta, a wojacy Rzeczypospolitej pozostali na pozycjach obronnych. Ów krok wypada uznać za wyjątkowo ryzykowny, bowiem zaopatrzenie mozolnie formowanych sił Polski i Litwy postawiało wiele do życzenia – zarówno pod względem furażu jak i niezbędnych do skutecznej obrony prochów. Zaniedbany cekhaus armii koronnej świecił pustkami i stąd też działa pospiesznie ściągano aż z Gdańska i Smoleńska. Zacietrzewienie hetmana nie było zatem efektem kaprysu tudzież osobistej ambicji, co raczej wieloletniego doświadczenia w podobnego rodzaju „imprezach”. Stąd pęd ku rozstrzygającej batalii był jak najbardziej uzasadniony, a zarazem w pełni zgodny z założeniami staropolskiej szkoły wojennej. Jak jednak wspomniano, przeważyła opcja defensywna.
Jak czas pokazał schorowanemu Chodkiewiczowi nie dane było doczekać fortunnego dla Rzeczypospolitej finału chocimskich zmagań. Litewski hetman wydał ostatnie tchnienie 24 września osierocając tym samym zgromadzoną pod chocimskim zamkiem armie. Nie mogąc już nawet mówić wskazał na swego następcę Lubomirskiego, który już wcześniej doskonale sprawdził się w powierzonej mu roli. I to właśnie on doprowadził do szczęśliwego dla Rzeczypospolitej finału starcia. Triumf nie przyszedł mu jednak łatwo, bo tylko determinacja obecnego w obozie królewicza Władysława sprawiła, że Litwini zgodzili się uznać jego komendę. Dodajmy do tego permanentny głód, a otrzymamy opłakany stan powierzonego mu wojska. Najbardziej dotkliwy wydawał się brak prochów i amunicji co przejawiło się tym, że niektóre jednostki armii koronnej zmuszone były używać dla niepoznaki śrutu. Jednak i tureccy wojacy nie mieli się najlepiej. Braki w zaopatrzeniu były tak dotkliwe, że ceny żywności w obozie sił inwazyjnych osiągały krociowe sumy. Na masową skalę szerzyły się dezercje, których nie zdołano powstrzymać nawet bezwzględnymi represjami. Tym bardziej, że kolejne, krwawo okupione szturmy obozów „giaurów” zdawały się nie przynosić tak pożądanych przez Osmana efektów. Polacy, Litwini i Kozacy twardo bronili swych pozycji. Tymczasem tuż przed zawieszeniem działań zbrojnych obrońcom Rzeczypospolitej pozostać miała zaledwie jedna baryłka prochu… Wraz z 9 października obie strony sygnowały dokument finalizujący polsko-turecką wojnę z lat 1620-1621, a już dzień później wojacy sułtana – ku uciesze swych chrześcijańskich adwersarzy - zwinęli obozowisko.
Dwie strony zwycięstwa
Fortunna dla Rzeczypospolitej konfrontacja odbiła się szerokim echem w całym niemal chrześcijańskiej świecie. Stanowiła również wzorcowy przykład skutecznego współdziałania wojsk koronnych i litewskich z Kozakami. Zwycięskie odparcie muzułmańskiej armii miało jednak również negatywny rezonans. Bowiem nadarzającej się sposobności nie omieszkał wykorzystać „Lew Północy”, szwedzki monarcha Gustaw II Adolf. Wykorzystując zaabsorbowanie Rzeczypospolitej na dalekim pograniczu mołdawskim wtargnął on na czele świeżo zreformowanej armii do Inflant, stanowiących przedmiot zażartego sporu pomiędzy wspomnianymi państwami. Dysponujący śmiesznie niewielkimi siłami (rzędu sześciuset ludzi) hetman polny litewski Krzysztof II Radziwiłł nie zdołał powstrzymać kapitulacji Rygi, która na niemal stulecie znalazła się pod szwedzkim panowaniem. Tym samym sprawdziły się wcześniejsze zapowiedzi Chodkiewicza w myśl których „(…) Inflanty leżą już w śmiertelnej pościeli”.
Upokorzony i rozwścieczony Osman II ustępował spod Chocimia w zamiarze rozprawy z tymi, którzy w jego mniemaniu doprowadzili do klęski. Na „celowniku” sułtana znaleźli się przede wszystkim janczarzy na których wartości bojowej turecki władca srodze się zawiódł. Na efekt wszczętych przeciw nim szykan nie trzeba było długo czekać. W maju 1622 r. janczarzy wtargnęli do pałacu sułtana, a on sam skończył na szubienicy. Na tronie ponownie zasiadł niedorozwinięty Mustafa I i tym samym Imperium Otomańskie na kolejne kilka lat pogrążyło się w marazmie. Brać szlachecka do spółki z resztą chrześcijańskiej Europy mogła odetchnąć z ulgą, a nawet nieco poświętować. „Wojna światów” – muzułmańskiego z chrześcijańskim – A.D. 1621 dobiegła szczęśliwego dla poddanych Zygmunta III końca. Jednak już w następnym pokoleniu Rzeczpospolita i Turcja ponownie zwarły się pod murami chocimskiego zamku. Ale to już zupełnie inna historia…
Przemysław Mazur












