Moje wielkie kociewskie wesele

Ślub i wesele od zawsze uważano za przełom w życiu człowieka. To był moment szczególnie podniosły, kiedy beztroscy kawaler i panna porzucali stan wolny, i zwykle był on głośno fetowany – tak w miastach, jak i na wsiach. Kociewie pod tym względem nie odstępowało od reszty Polski – jak wyglądały wesela na kociewskich wsiach czterdzieści lat temu? O tym opowiedziała nam pani Zosia, urodzona kociewianka, niegdyś mieszkanka wsi Lipia Góra w gminie Morzeszczyn w powiecie tczewskim.

- Ślub brałam w 1973 roku, 7 lipca. Upał wtedy był i piękna pogoda – wspomina pani Zosia – Ślub cywilny braliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego w Morzeszczynie, ślub kościelny w rodzinnej parafii w Barłożnie, a wesele było w domu. Bo tak się kiedyś na wsiach robiło.

Ale od początku… Pani Zosia poznała przyszłego męża na kursie prawa jazdy. Jeździła lepiej od niego. Mieszkali w tej samej wsi. Ona rodowita kociewianka, on wraz ze swoimi rodzicami oraz trzema siostrami przyjechał z białostockiego, na tzw. ziemie odzyskane na początku lat pięćdziesiątych. A skoro panna młoda pochodziła z Kociewia, to i wesele kociewskie być musiało.

Jak oni to robili?

Jak przygotować się do ślubu i wesela bez kosmetyczki, salonu sukien ślubnych, stylistyki paznokci i organizatorki wesel? Normalnie – śmieje się pani Zosia - po sukienkę pojechałam pociągiem z Majewa do Gdańska. Tam wtedy mieszkała moja ciocia Jadzia, i to ona pomagała mi wybierać sukienkę do ślubu kościelnego i materiał na sukienkę do ślubu cywilnego. To była różowa koronka, do dziś pamiętam. Sukienkę do cywilnego ślubu szyła mi krawcowa ze Skórcza, malowałam się sama, czesała mnie Janka, siostra przyszłego męża. Janek(przyszły mąż) garnitur kupił w Tczewie. Mieliśmy szczęście, w latach siedemdziesiątych w sklepach było wszystko, co potrzebne, i ubrania, i buty, i wódka. Wszystko było.

Roboty od diabła – logistyka to podstawa

Nie było wtedy restauracji w okolicy, poza tym nikt ze wsi wesel nie robił w restauracjach. Wtedy się wesela robiło w domu. Przygotowania trwały cały tydzień – opowiada pani Zosia - W tygodniu przed weselem było świniobicie, przyjeżdżał rzeźnik, który oprawiał prosiaka, bo przecież mięso i wszystkie wyroby musiały być świeże. Mama najęła kucharkę ze Smętowa i ona robiła „słodkie i słone”(w skrócie przygotowywała potrawy na słono oraz piekła ciasta). Rodzice prosili tylko rodzinę i najbliższych sąsiadów, a i tak zebrało się kilkadziesiąt osób, bo obie rodziny były duże. Wynieśliśmy meble z dwóch pokoi, największego w całym domu, korytarza i sąsiedniego pokoju. Tam ustawiliśmy stoły i ławy. Obrusy i naczynia były mojej mamy. A jak brakowało czegoś z naczyń, pożyczaliśmy z Koła Gospodyń. Mama pilnowała wszystkiego, co było związane z kuchnią i jedzeniem. Oprócz kuchni w domu, mieliśmy w gospodarstwie jeszcze jedną, tzw. letnią kuchnię, w której odbywały się najbrudniejsze roboty. Tam skubaliśmy i opalaliśmy kury i kaczki, tam stała duża westfalka opalana drewnem i tak robiliśmy wszystko sami. Tam kroiliśmy warzywa do sałatki warzywnej. Mieszaliśmy ją w blaszanej wannie. Najgorzej było z pomywaniem. Wodę trzeba było grzać na piecu, zmywać, wycierać. To nie to co dzisiaj… Mój ojciec też miał robotę. Musiał wysprzątać i pobielić garaż, w którym miały być tańce.

Ten dzień

Na Kociewiu wciąż żywy jest obyczaj „tłuczenia butelek”, tradycyjnie odbywający się w wigilię ślubu i wesela. Powiadają, że to na szczęście. Jednak zwyczaj ten sięga korzeniami do czasów przedchrześcijańskich, gdy czyniąc hałas na progu domu panny młodej, odpędzano złe duchy.

- W piątek wieczorem u nas w domu było tłuczenie butelek – wspomina pani Zosia - Taki zwyczaj, gdzie rodzina i sąsiedzi tłuką butelki na podwórku przed domem pani młodej. Przyszła rodzina, sąsiedzi i znajomi ze wsi. Potłukli, wypili toast za nasze zdrowie, przegryźli swojską kiełbasą i przed północą wszyscy się rozeszli.

W sobotę przed południem pojechaliśmy ze świadkami czyli moim starszym bratem oraz szwagrem Janka do Urzędu Stanu Cywilnego. Po południu mieliśmy w Barłożnie ślub kościelny. Do obu ślubów wiózł nas sąsiad „warszawą”. Potem wróciliśmy do domu w Lipiej Górze na wesele.

Kociewska uczta

Jedzenie też nie było takie wystawne jak dziś – mówi pani Zosia – Pamiętam, że nie było ryb. Za to było mięso w wielu postaciach. I schabowe, i zrazy, karkówka pieczona i łopatka, pieczone kurczaki, kaczki. Był kocioł bigosu ze swojskimi parówkami, swojskie kiełbasy i szynki, kartofle, modra kapusta szmurowana, marchewka z groszkiem. Nie mogło zabraknąć tradycyjnego gotowanego ryżu z białym sosem na słodko z rodzynkami i gotowanym kurczakiem. Bo to się zawsze na weselach podawało. Wszystko zaczynało się od rosołu z makaronem, potem był ryż z kurczakiem na słodko, a potem kartofle, mięsa i wszystko na ciepło do obiadu. I legumina na deser.

Do kawy były torty i kuchy. Były serniki, jabłeczniki, makowce. Na kolację znowu podgrzewało się mięso, bigos, na stoły trafiały sałatka i zylc – czyli wieprzowa galareta z octem. Tańczyliśmy w garażu, przygrywał znajomy ze wsi na akordeonie i wszyscy się bawili.

 

Około godziny 23 na wesele weszli „maszki”, czyli znajomi rodziny ze wsi. Komicznie ustrojeni, w pończochach na twarzach, kapeluszach, śmiesznych sukniach albo koszulach. Na kartce mieli napisane tytuły utworów, które grajek miał zagrać i przez jakieś pół godziny bawili się i tańczyli z nami i z gośćmi. Dostali jeść, dostali wódki. Potem pożegnali się i poszli. O północy były oczepiny. Wesele skończyło się nad ranem pieśnią: „Kiedy ranne wstają zorze”. Goście spali w stodole na sianie. Na kocach, na materacach, na czym się dało. Za to w niedzielę od rana wszyscy sprzątaliśmy. A poprawiny to były tylko z najbliższym gronie.

Z przygodami

Roboty z przygotowaniami a potem ze sprzątaniem po weselu było mnóstwo – wspomina pani Zosia – Ale i tak my mogliśmy mówić o wielkim szczęściu. Bo mieliśmy piękną pogodę. O takim szczęściu nie mógł mówić mój starszy brat, Jerzy. Brał ślub z Ulką w 1975 roku, dwa lata po mnie i Janku. Ślub też był w lipcu – po sianokosach, a przed żniwami, w Gogolewie, w gminie Gniew. Ponieważ dom rodzinny Ulki był za mały, załatwili wielki wojskowy namiot, w którym miało się odbyć wesele. Kucharka i kobiety ze wsi, najęte do noszenia na stoły, ustawiali wszystko od rana. My wyjechaliśmy do Dzierżążna do kościoła na ślub, a w międzyczasie przeszła taka burza, że zerwało namiot, powywracało wszystko, zalało. Jak żeśmy wrócili, kobiety już miały wszystko poprzenoszone do domu. Obiad wydawały na raty. Ale potem wszystko wyschło, namiot postawili znowu i zabawa trwała dalej.

- Kto się na wsi wychował, ten się pracy nie boi - pani Zosia uśmiecha się patrząc na czarno-białe zdjęcia ze swojego wesela - Przy takim weselu wiadomo, że się człowiek napracował, ale nie robił nic sam. Cała rodzina pracowała. Nie było kiedyś dużych sal, bo remizy to się dopiero budowały, a restauracje też były rzadkością. Dziś sobie nie wyobrażam, żeby ktoś tak wesele robił, albo nie przypłacił zawałem takiej burzy mając przygotowane przyjęcie w namiocie.

Rozmawiała

Karolina Łucja Białke

foto: archiwum rodzinne

 

Chcesz być na bieząco z informacjami ze świata historii? Jesteśmy na facebooku polnocnej.tv. Szukaj nas na Twitterze oraz wyślij nam maila. 

Tagi: